Ludwik Gancarz w Auschwitz-Wspomnienia więźnia Auschwitz

Wspomnienia Ludwika Gancarza z pobytu w Auschwitz 
 

Dwudziestego stycznia 1943 roku zostałem uwolniony z katowickiego więzienia i wyprowadzony przez strażnika więziennego na wolność. Za bramą więzienia stał jakiś nieznany mi cywil i wskazując ręką, powiedział coś po niemiecku. Widząc pod ścianą więzienia stojącą grupkę ludzi, domyśliłem się, że mam do nich dołączyć. Stojąc już razem w grupie, podsłuchałem, że są to też zwolnieni z więzienia i zostaniemy razem przewiezieni do pracy w cukrowni…

W jakąś godzinę później, już na samochodzie okrytym szczelnie plandeką razem z 38 mężczyznami i kilku kobietami wyjechaliśmy w nieznanym dla nas kierunku. Po kilkugodzinnej jeździe samochód się zatrzymał. Obok stojącego już samochodu słyszeliśmy jakiś szwargot niemiecki i kroki chodzących ludzi. W chwilę później plandeka z tyłu samochodu nagle się podniosła, a kilku stojących żołnierzy obok samochodu krzyczało: „Raus”. Po zeskoczeniu z samochodu zobaczyłem jakieś bardzo dziwne miasto. Jeszcze takiego miasta nigdy nie widziałem. Wszystkie domy były nie otynkowane i nie rosły tam drzewa ani żadne krzewy. Po zejściu wszystkich z samochodu żołnierze niemieccy ustawili nas po pięciu w szeregu i chodząc obok nas z karabinami gotowymi do strzału, zabronili nam rozmawiać. Stojąc już teraz w szeregu, przyglądałem się temu dziwnemu miastu. To dziwne miasto było też ogrodzone jakimś dziwnym płotem. Żołnierze, którzy nas pilnowali, na kołnierzach swoich mundurów mieli takie drukowane dwa 44 z drugiej strony trupią czaszkę, a pod nią dwa piszczele złożone w kształcie razy. Ta trupia czaszka na ich kołnierzach mnie przerażała. W kilka minut później, jeszcze z daleka, zobaczyłem, że z tego dziwnego miasta jacyś znowu dziwnie poubierani ludzie w takie pasiaste ubrania z ostrzyżonymi głowami, bez czapek, z założonymi na swoje barki powrozami ciągnęli jakiś duży wóz, który naładowany był do pełna, jak mi się z daleka wydawało, jakimiś okorowanymi pniami drzew. Z tyłu, też może z dwudziestu takich samych ludzi, popychało ten wóz.

To wszystko tutaj jest takie jakieś dziwne? Ja nigdy nie słyszałem, aby ktoś o takim dziwnym mieście coś mówił. Dziwne jest to miasto, ten płot i ci ludzie tak dziwacznie poubierani, i to że tego wozu nie ciągną konie?

W chwilę później kiedy już ciągnięty i popychany wóz zbliżał się do nas stojących ciągle w szeregach, wyraźnie poczułem, że czapka na mojej głowie się podniosła. O nie! O nie! To już niemożliwe? To wszystko od samego rana, to tylko mi się śni. 1 zaraz zacząłem się mocno szczypać po rękach, ale obudzić się nie mogłem. Dalej widziałem ten ciągnięty i popychany wóz naładowany pełniuteńko gołymi ludzkimi kościotrupami. Było ich ponad sto. Niektóre z tych kościotrupów wisiały z boku wozu z otwartymi ustami i oczami, a cieniutkie sztywne ich ręce kołysały się na wozie, jakby na nas kiwały. Kobiety stojące z nami, widząc to zaczęły głośno płakać i lamentować. A może ja umarłem? 1 jestem w piekle? Niedługo później już na pewno wiedziałem, ze to nie sen i że nie umarłem, a że jest to: „KONCENTRACIONS LAGIER AUSW1TZ”. A nie cukrownia jak rano podsłuchałem. W godzinę później po raz pierwszy jako siedemnastoletni chłopiec razem z 38 mężczyznami i kobietami przekroczyłem bramę obozową. Po ostrzyżeniu włosów i przemundurowaniu nas zostaliśmy skierowani na trzytygodniowy blok kwarantanny. W czasie tej kwarantanny uczono nas maszerować i zdejmować myce (czapki) na komendę. Przy tych ćwiczeniach blokowy i sztubowi codziennie zabijali po kilku więźniów. Poza tym, raz w tygodniu niemiecki lekarz przeprowadzał selekcję i każdego słabiej wyglądającego więźnia skierowywał na zagazowanie. Do strachu przed męczeńską śmiercią jeszcze dołączył głód i zimno. To też dużo więźniów, nie mogąc wytrzymać tego prawdziwego piekła na ziemi, uciekali do drutów naładowanych wielkim napięciem elektrycznym, aby tutaj zakończyć mękę. Zazwyczaj im się to nie udawało, bo jeszcze przed dobiegnięciem do drutów zostawali zastrzeleni względnie postrzeleni przez strażników.

Po odbytej kwarantannie zostaliśmy przeniesieni na blok roboczy. Ale i tutaj dla więźnia nic się nie zmieniło, a jeśli, to bardzo często na gorsze. Bo musieliśmy wykonywać bardzo ciężkie prace na różnych budowach i na stacji kolejowej nosić biegiem różne materiały budowlane. Codziennie po skończonej pracy przynosiliśmy po kilku zabitych więźniów. Po powrocie z pracy i otrzymanej kolacji sztubowi znowu wyczytywali numery więźniów i zbijali ich najczęściej za niezawinione kary. Przeżycie jednego dnia w obozie, a nawet jednej godziny było wielkim szczęściem. Tutaj w każdej nawet minucie groziła więźniowi śmierć i to najczęściej męczeńska.

Mnie na szczęście „Dzięki Panu Bogu” pomimo bardzo młodego wieku udało się pokonać pięć takich najgroźniejszych obozów koncentracyjnych, o których mógłbym dużą książkę napisać.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.