Radegast- Dworzec kolejowy w granicach getta łódzkiego .

 

Witam serdecznie,postanowiłem opisać Radegast- inne nazwy tego miejsca to Marysin, Radogoszcz. Miejsce to naznaczone jest krwią i cierpieniem wielu obywateli pochodzenia żydowskiego. Stacja Radegast mieści się dosłownie na granicy getta łódzkiego. Radegast na przełomie 1941 i 1942 roku pełnił rolę małej stacji przeładunkowej(z jęz. niemieckiego-Verladenbanhof) żydów właśnie do getta łódzkiego. Przez to miejsce przeszło niemal 40 tysięcy żydów z Europy centralnej, Kraju Warty oraz do 5 tysięcy Cyganów. Nadchodzi druga połowa 1942 roku i z tej właśnie stacji wysyłane są transporty Żydów do wielu obozów zagłady między innymi do Auschwitz-Birkenau  innymi obozami do których wysyłano ofiary to między innymi Kulmhof oraz Gross Rosen i Stutthof.

Pozostałe obozy do których wywieziono ofiary to: Ravensbruck oraz Sachsenhausen- Oranienburg(informacje o tych obozach znajdziecie Państwo na blogu w dziale „inne obozy koncentracyjne”

Na stacji Radegast znajduję się unikatowy na świat moim zdaniem kufer małżeństwa Schwarz z Wiednia które w 1942 roku zostało wywiezione i zamordowane w Kulmhofie.

Na dzień dzisiejszy zachowały się na stacji Radegast oryginale tory po których wywożono ofiary oraz oryginalna lokomotywa parowa z 1944 roku wraz z tak zwanymi „bydlęcymi wagonami” w których to wywożono Żydów, oraz oczywiście odnowiony budynek drewniany stacji która miała istnieć tylko w latach funkcjonowania getta łódzkiego. Niewątpliwie ważnym elementem tego obiektu tak zwany tunel deportowanym, jest tam niezwykle ciemno i czuć atmosferę tamtych haniebnych czasów, niesamowity jest także dźwięk jadącego pociągu, sprawia to,że poczujemy dreszcze i strach będąc w tamtym miejscu. Budynek stacji kryje w sobie oryginalne listy deportowanych, w tunelu na ścianach dosłownie jest wyryta smutna historia narodu żydowskiego na ziemiach polskich. Najważniejszym jednak elementem spajającym to miejsce splotami historii i udręki Żydów jest Hall Miast gdzie wypisano nazwiska wszystkich ofiar deportowanych do getta łódzkiego/

Opiekę nad tym unikatowym obiektem sprawują pracownicy Muzeum Tradycji Narodowościowych a Radegast jest oddzielnym oddziałem tegoż muzeum. Ważną jakże kwestią jest uznanie tego miejsca jako pomnik ku czci ofiarom getta w Łodzi.

Adres strony Muzeum Tradycji Narodowościowych

 

źródło obrazu:Panoramio

 

 

 

 

 

 

 

Złoty pierścionek znaleziony po ponad 70 latach

Nie lada informacja! Pracownicy Muzeum Pamięci obozu Auschwitz podczas prac renowacyjnych znaleźli kubeczek z podwójnym dnem. Ukryty był tam nie tylko pierścionek, ale i łańcuszek z… uwaga 1931 roku, o próbie 583. Jeszcze po dziś dzień zdarza się iż odnajdywane są rzeczy i dobytek osobisty ofiar hitlerowskich Niemiec! Oprawcy zezwalali swoim ofiarom na zabranie dobytku na który pracowali całe życie obiecując im przeprowadzkę do innego lepszego miejsca!

20160512_kubek_1ohucn6imphcvqckhzpy 20160512_kubek_7ohucn6imphcvqckhzpy

Źródło: Muzeum pamięci Auschwitz

Źródło zdjęć Muzeum pamięci Auschwitz

 

Neil Bascomb-„Wytropić Eichmanna”-Kulisy pościgu za Eichmannem.

 

 

wytropic-eichmanna-poscig-za-najwiekszym-zbrodniarzem-w-historii-neal-bascomb

Witam serdecznie na zupełnie nowym,mam nadzieję,lepszym i czytelniejszym blogu. Dziś zrecenzuję książkę znakomitego pisarza Neila Bascomba pod tytułem „Wytropić Eichmanna” , dlaczego znakomitego ? No tak jak można stwierdzić iż jakiś tam pisarz jest znakomity po przeczytaniu zaledwie jednej książki. Można. Neil Bascomb niesamowicie wspaniale opisuje kulisy pościgu za Adolfem Eichmannem- twórcą i nadzorcą tak zwanego „ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej”. Jednak teraz kilka słów o tejże pozycji….

„Porywająca niczym thriller opowieść o polowaniu na Adiolfa Eichmanna”

„Człowiek, na którym ciążyła odpowiedzialność za dokonanie największej zbrodni w historii ludzkości , długo pozostawał bezkarny. Po upadku III Rzeszy udało mu się wymknąć z rąk sprawiedliwości  i uniknąć procesu w Norymberdze. Przez 15 lat mylił tropy i działał niczym najlepszy agent wywiadu,który nie chce zostać zdemaskowany. Jego kamuflaż był doskonały-zbrodniarz  pilnował nawet tego ,aby nigdy go nie sfotografowano…”

Pozycja ta zebrała u mnie wiele uznania. W dniu kapitulacji III Rzeszy Eichmann znajdował się w Austrii, pamiętając o rodzinie umieścił ją w Altausee , kurorcie w którym wielu jego „kamratów” z czasów wojny umieszczało swoje rodziny.Wraz ze swoim adiutantem Rudolfem Janischem udał się do Niemiec. Pod zmienionym nazwiskiem Eckman zdecydował się wyemigrować jak wielu jego kamratów postanowił wyemigrować do pro nazistowskiej Argentyny Juana Perona…

Dalsze losy Eichmanna poznacie dzięki książce Neila Bascomba, nie zdradzę więcej… bo książka nie warta była by przeczytania…

Recenzja książki znajduję się tu

Błogosławieni męczennicy KL Stutthof

Błogosławiony ks. Franciszek Rogaczewski
Urodził się 23 grudnia 1892r. w Lipinkach koło Świecia na Pomorzu. Szkołę podstawową ukończył w Lubichowie, a następnie uczęszczał do Gimnazjum w Chełmnie, a później do Collegium Marianum w Pelplinie, gdzie w 1913 roku podjął również studia filozoficzno-teologiczne. Święcenia kapłańskie otrzymał 16 marca 1918r. W czasie I wojny światowej przez rok pracował jako sanitariusz, a po wojnie przez dwa lata jako wikariusz w Nowym Mieście Lubawskim na Pomorzu. Stamtąd został przeniesiony do Gdańska, gdzie od 2 kwietnia 1920r. rozpoczął pracę duszpasterską w kościele pw. Najświętszego Serca Jezusowego w Gdańsku-Wrzeszczu. Z chwilą powstania Wolnego Miasta Gdańska przyjął obywatelstwo polskie. W późniejszych latach, chcąc odegrać rolę polityczną, wystąpił z wnioskiem o przyznanie obywatelstwa gdańskiego, które po długich staraniach i wsparciu kół polskich, otrzymał. W okresie międzywojennym ks. Rogaczewski pracował m.in. w kościele pw. św. Brygidy i św. Józefa w Gdańsku. 31 stycznia 1930r. został mianowany proboszczem tytularnym mającego powstać kościoła pw. Chrystusa Króla. 13 października 1938r. prezydent senatu gdańskiego, Artur Greiser, sprzeciwił się nominacji ks. Rogaczewskiego na proboszcza parafii personalnej. Podjęte w tej sprawie interwencje okazały się bezskuteczne. Na takie stanowisko władz gdańskich wpłynęła propolska postawa ks. Rogaczewskiego.
W swojej pracy duszpasterskiej ks. Rogaczewski wykazywał się talentami organizacyjnymi. To z jego inicjatywy, tylko w przeciągu jednego roku pracy w kościele św. Brygidy, powstało około trzydzieści stowarzyszeń kościelnych, w tym orkiestra i chór. Od 1932r. stowarzyszenia te działały przy nowo budującym się ze środków Poloni Gdańskiej i państwa polskiego kościele pw. Chrystusa Króla.
Głównym celem ks. Rogaczewskiego było stworzenie centrum życia religijnego i społecznego dla Polonii Gdańskiej. Bazą miał być kościół pw. Chrystusa Króla. W dolnej jego części wybudowano salki przewidziane na lekcje religii oraz potrzeby stowarzyszeń i kółek. Działalnością objęto dzieci, młodzież i dorosłych. W budowie pierwszego kościoła dla Polaków uczestniczyła Polonia Gdańska, ofiarowując swoją pracę i środki finansowe. Budowę wspomagał Komisarz Generalny RP w Wolnym Mieście Gdańsku oraz polskie instytucje w kraju. 30 października 1932r. poświęcono kościół Chrystusa Króla, a 23 lipca 1936r. dzwony wygrywające pierwsze takty „Bogurodzicy”.
Powyższa sytuacja niepokoiła policję gdańską, w kartotekach której były zarejestrowane 102 polskie organizacje. Jej prezydent, Helmut Froböse, stwierdził, że celem wszystkich tych organizacji jest „szerzenie idei polskiej” i „demonstracja polskości w Gdańsku”.
1 września 1939
W dniu wybuchu wojny ks. Rogaczewski został wraz wikariuszem, ks. Alfonsem Muzalewskim, aresztowany i osadzony w Voktoria Schule. Tam, nie bacząc na grożące mu niebezpieczeństwo pobicia przez esesmanów, przez całą noc słuchał spowiedzi i udzielał Polakom absolucji. Mówił przy tym: „Jak nas tu rozstrzelają, to zobaczymy się w niebie”. 2 września rano, w pierwszym transporcie, został przewieziony do obozu koncentracyjnego Stutthof. Tu znalazł się w grupie polskich kapłanów, których podobnie jak Żydów z Gdańska, esesmani traktowali najbardziej brutalnie i kierowali do najcięższych prac. Podobnie jak ks. Komorowski, został oskarżony przez esesmana Neubauera o gromadzenie broni i przygotowywanie kościoła do obrony. Nie ugiął się pod groźbą rozstrzelania i nie potwierdził fałszywych zarzutów, za co został skazany na trzydniowy pobyt w bunkrze, gdzie głodzono go i torturowano. W wieczór wigilijny, pomimo zakazu władz obozu, więźniowie śpiewali polskie kolędy. Władze uznawszy polskich księży za inspiratorów, ukarali ich, w tym ks. Rogaczewskiego, pracą w święta Bożego Narodzenia, a także biciem i szykanami.

Egzekucja

W pierwszej połowie stycznia 1940r. ks. Rogaczewski został wywołany podczas wieczornego apelu i dołączony do grupy kilkunastu gdańskich działaczy, wśród których był też ks. Bernard Wiecki z Gdańska. Grupę tę wywieziono do Nowego Portu, gdzie dołączono do niej jeszcze kilka osób, m.in. ks. Władysława Szymańskiego, duszpasterza Polonii Gdańskiej w Sopocie. Po skompletowaniu, grupę wywieziono na miejsce egzekucji. Przez wiele lat miejsce to nie było znane. Podejrzewano, że więźniów rozstrzelano w Piasnicy. Jednak w 1979r. Okręgowa Komisja Badania Zbrodni Hitlerowskich w Gdańsku, na podstawie przeprowadzonych (m.in. przez Muzeum Stutthof) badań ogłosiła, że miejscem kaźni grupy więźniów, w które znajdował się ks. Rogaczewski, był las niedaleko obozu koncentracyjnego Stutthof. Tam 11 stycznia 1940r. Niemcy rozstrzelali 22-osobową grupę więźniów, w tym ks. Franciszka Rogaczewskiego. Ciała zakopano niedaleko miejsca egzekucji. Szczątki ekshumowano w dniach 10-16 maja 1979r.
W opinii Kościoła i Polonii Gdańskiej ks. Franciszek Rogaczewski zmarł śmiercią męczeńską. Gdańska uliczka, prowadząca od strony Długich Ogrodów, do kościoła pw. Chrystusa Króla, nazwana została jego imieniem. W 1999r. papież Jan Paweł II wyniósł go na ołtarze.
Na podstawie książki Elżbiety Grot „Błogosławieni Męczennicy Obozu Stutthof”.

Polacy z Gdyni – pierwsi wypędzeni

W ostatnich latach wiele się mówi o niemieckich tzw. „wypędzonych”. Jest to w dużej mierze wynik aktywnej działalności Eriki Steinbach – przewodniczącej niemieckiego Związku Wypędzonych. W cieniu odbywającej się gorącej dyskusji, wywołanej kilka lat temu sprawą utworzenia w Niemczech Centrum Przeciw Wypędzeniom, pozostaje historia tych ludzi, którzy jako pierwsi podczas II wojny światowej byli wyrzucani i wypędzani przez Niemców z własnych domów. Byli to mieszkańcy polskiej Gdyni. Historia wysiedleń z Gdyni jest mało znana i przez powojenne lata była przez władze PRL marginalizowana. Również w obecnym czasie nie widać zbyt wiele chęci udokumentowania tych wydarzeń dla następnych pokoleń. Wydaje się, ze istnieje ku temu ostatnia chwila – dopóki żyją jeszcze świadkowie i uczestnicy tamtych wydarzeń.

Niemieckie plany

Hitlerowska Trzecia Rzesza, od początku swojego istnienia domagała się zmian terytorialnych. W swoich planach hitlerowcy postanowili w pierwszej kolejności zlikwidować polską inteligencję, a następnie dokonać przesiedlenia ludności polskiej z ziem polskich, które wcześniej wchodziły w skład prowincji pruskich. Z terenu Pomorza mieli być wysiedleni wszyscy Polacy, którzy przybyli tam po 1919 roku. W ten sposób miały być zrealizowane plany zgermanizowania tych ziem oraz osiedlenia na nich znacznej liczby Niemców. 21 września 1939 roku na konferencji, która odbyła się w Berlinie, dowódcy grup operacyjnych policji bezpieczeństwa (Einzatzgruppen) i służby bezpieczeństwa (SD), działających na tyłach walczących w Polsce armii niemieckich, otrzymali polecenie przygotowania propozycji dotyczących masowych wysiedleń Polaków i Żydów. Wcześniej – 11 września – Himmler upoważnił służbę bezpieczeństwa (SD) do rozpoczęcia wysiedleń ludności polskiej z terenu Gdańska, Gdyni i Poznania. Na miejsce wysiedlanych Polaków planowano osiedlić Niemców z państw bałtyckich.

Wypędzeni

Akcja rozpoczęła się na początku października 1939r. w Gdyni – Orłowie. Wysiedlenia z Gdyni wiązały się z zamiarem osadzenia w tym mieście, ważnym dla morskiego przemysłu zbrojeniowego, jak największej liczby Niemców.

Całkowicie zaskoczeni mieszkańcy Orłowa mieli 20 minut na opuszczenie mieszkań. Dłuższe przebywanie w mieszkaniu uważane było za sabotaż i groziło śmiercią. W dniu 12 października wysiedlono łącznie 4000 mieszkańców, w tym 1300 dzieci. Część z tych ludzi umieszczono w tymczasowych barakach usytuowanych w peryferyjnych dzielnicach Gdyni, a część zakwaterowano w mieszkaniach polskich rodzin. Po zorganizowaniu transportu zostali wywiezieni do tworzonego już w tym czasie przez Niemców Generalnego Gubernatorstwa.

Wysiedleniom próbowano nadać charakter „dobrowolnej emigracji ludności”. Na specjalnie wyznaczonych posterunkach policji wydawano numerowane i podpisane przez prezydenta policji bilety, które jednocześnie stanowiły przepustkę graniczną uprawniającą do przekroczenia granicy, jak mówiono, „w kierunku kraju rodzinnego”. Mieszkańcy Gdyni korzystali częściowo z tych przepustek, a częściowo przenosili się do innych dzielnic miasta, chcąc uchronić się przed wysiedleniem. Znające tę sytuację władze niemieckie, 24 października 1939r. wydały „Ostanie rozporządzenie”, na mocy którego wzywały wszystkich Polaków do dobrowolnego opuszczenia Gdyni. Oporni mieli być wysiedlani przymusowo.

Wysiedlanych mieszkańców gromadzono przy dworcu od strony ul. Albert Forster Strasse (dziś ul. Morska), a stamtąd po przeprowadzeniu rewizji osobistej, wywożono codziennie wagonami towarowymi do Generalnej Guberni. Tym sposobem do 26 października 1939r. z Gdyni wysiedlono przymusowo ponad 12.000 mieszkańców, a „dobrowolnie” opuściło miasto około 38.000 osób. Tych, którzy pozostali zmuszono do opuszczenia swoich mieszkań i zamieszkania na peryferiach miasta. Dalsze wysiedlenia przeprowadzano w maju 1940r. kiedy to wypędzono z Gdyni 138 Polaków, a następnie we wrześniu i październiku 1940r. dokonując masowego wysiedlenia 22.000 osób. Brak rąk do pracy w przemyśle niemieckim oraz sytuacja na froncie spowodowały, że 16 marca 1941r. władze hitlerowskie wydały zarządzenie wstrzymania transportów do Generalnej Guberni, zatrzymując w ten sposób masowe wysiedlenia Polaków z Gdyni.

Relacja

Najlepszym przykładem, w jakiej sytuacji Niemcy pozostawiali mieszkańców Gdyni wyrzucanych ze swoich domów może być tylko bezpośrednia relacja uczestnika tamtych wydarzeń. Poniższa relacja została opublikowana w materiałach z sesji naukowej wydanych przez Stowarzyszenie Gdynian Wysiedlonych, która odbyła się 19 grudnia 2002r. w Gdyni. Mówi mieszkanka Gdyni – Helena Szwichtenberg: „W domu naszym, u lokatora – pana Wiśniewskiego, mieszkała Niemka imieniem Emma, która po wkroczeniu Niemców wywiesiła na naszym domu flagę z hakenkreuzem, a na drzwiach umieściła afisz o natychmiastowym opuszczeniu domu i wysiedleniu. Następnie dnia 25.X.1939 roku, wczesnym rankiem, kiedy spaliśmy, wtargnęła do naszego mieszkania wraz z dwoma gestapowcami. Z okrzykami „raus” szarpano nas, a następnie wyrzucono z domu. Ledwie pozwolili nam się ubrać. Dop rowadzono nas do kolumny wypędzonych na ul. Morską i pod karabinami doprowadzono aż do stacji kolejowej w Gdyni. Klucz musiał zostać w drzwiach mieszkania. Byliśmy bez żadnego bagażu, gdyż nie pozwolono nam nic zabrać. Byliśmy zziębnięci i głodni. Był koniec października. Rodzice moi zostawili dobytek całego życia: działkę, dom i wszystko, co się w nim znajdowało. Następnie zostaliśmy wpakowani siłą do bydlęcych, brudnych, bez okien wagonów, tylu ile Niemcy dali radę na siłę wcisnąć. Podczas podróży ciągle byliśmy pilnowani przez gestapo w budkach u boku wagonu. Nie wiedzieliśmy dokąd nas wiozą, często odstawiani na bocznicę i pilnowani. Nie otwierano drzwi. Podróż trwała około siedmiu do dziesięciu dni. Było bardzo zimno, byliśmy mocno głodni. Był płacz i panika. Były trupy, szczególnie niemowlęta i starcy. Był już listopad 1939 roku. Wreszcie wypuścili nas w Lublinie. Tam nie wiedzieliśmy co ze sobą zrobić, co dalej, dokąd iść – głód. Nie mieliśmy żadnych rzeczy do przebrania. Koczowaliśmy na dworcu i w tunelach, jednocześnie żebrząc o jedzenie i przykrycie… Poniewieraliśmy się w różnych stronach Generalnej Guberni szukając racji bytu, prosząc ludzi o ratunek, zbierając kłosy i zmarznięte ziemniaki… Znaleźliśmy się wreszcie w okolicach Sandomierza we wsi Lenarczyce. W grudniu 1943 roku zostaliśmy aresztowani przez Niemców po raz drugi. Jako internowani zostaliśmy wywiezieni do lagru przejściowego w Częstochowie, gdzie przeszliśmy selekcję razem z Żydami i ludźmi z tzw. łapanek. Przydzielono nas na roboty przymusowe na zapotrzebowanie Niemca Otto Grodeck w miejscowości Olszówka powiat Tczew. Tam jako małoletnia bardzo ciężko pracowałam aż do wyzwolenia…”.

Bilans

Trudno jest określić, nawet w przybliżeniu, liczbę Polaków wysiedlonych z terenu Pomorza, w tym z Gdyni, po 1 września 1939 roku. Trudno także znaleźć konkretną liczbę wysiedlonych z samej Gdyni. Związane jest to zapewne z brakiem dokumentacji w tym zakresie. Stowarzyszenie Gdynian Wysiedlonych mówi o około 100 tysiącach wypędzonych z Gdyni Polakach, natomiast niektórzy historycy liczbę wypędzonych oceniają na około 70 tysięcy. Rocznik statystyczny z 1938 roku podawał, że w tamtym czasie Gdynię zamieszkiwało 114 tysięcy mieszkańców. Niemożność ustalenia dokładnej liczby wysiedlonych nie zmienia faktu, że Gdynianie byli pierwszymi ofiarami masowych wypędzeń stosowanych przez hitlerowców w stosunku do Polaków. Wypędzeń, które nosiły znamiona akcji eksterminacyjnej. I jako eksterminację ludności polskiej należy je traktować.